Przyjecie odbywalo sie w ogrodzie zabytkowej willi na obrzezach naszego miasta. Wszystko zorganizowane przez burmistrza i oplacone z kasy gminej ;)
Atrakcji bylo mnostwo, od pamiotkowego zdjecia calej rodziny, animatora dla dzieci z bankami mydlanymi wlacznie po dosc bogaty bufet :)
W calej gminie (tutaj nie ma podzialow jak w PL, ze dla miasta jest burmistrz z urzedem, a dla gminy wojt, dla wszystkich jest gmina i czy do miasto czy to wies, podlegaja jednemu "zarzadcy") urodzilo sie cos ok. 280 dzieci. Nie na darmo zostalismy ogloszeni wloskim miastem kolysek ;)
Najwieksza zabawe mieli starsi bracia:
Matka znow sie na obcasach meczyla ;)
A i Livka brylowala na salonach ( a raczej ogrodach)
I pamiatkowy dyplom :)
Niedziela byla deszczowa i zimna. Do objadu siedzielismy w domu. Po poludniu pojechalismy obkupic sie w nowe kwiatki na balkon i zalapalismy sie na wystawe lokalnych produktow.
Leo zjadl bulke z pieczonym prosiakiem... Nie mam akurat zdjecia swinki w calosci, ale bardzo podobnie wyglada jak niekiedy spotyka sie na duzych przyjeciach, weselach w Pl. Taki duzy, opieczony prosiaczek z glowa. Mlody ubzdural sobie, ze to dzik, kotry zostal upolowany w pobliskim lesie. I musial koniecznie sprobowac. Zjadl cala kanapke ;)
A dzis Leonardo odwiedzil z rana fryzjera i nabyl letnia fryzure. Po objedzie zaliczylismy urodziny dziewczynki z przedszkola... Ale to juz nastepnym razem.
Przyjemnego weekendu. My jutro siedzimy w domu i czekamy na goscia, yes!











Fajne takie imprezy, Wlosi to bardzo rodzinny narod, dla Nich rodzina, dzieci to swietosc.widac to na kazdym kroku.:)
OdpowiedzUsuńSuper pomysł z tym przyjęciem dla dzieci. Po raz kolejny ci zazdroszczę fajnego miejsca. Tu w tej wsi to tylko plotki rozsiewać potrafią. Brylowała mała na ogrodach, ale mama chyba też w tych obcasach co?:) Śliczne fotki. A Leo chyba musiał być faktycznie głodny bo ja taką kanapkę jestem w stanie tylko do połowy wepchnąć w siebie:)
OdpowiedzUsuń